poniedziałek, 1 lutego 2016

Przyjaciele.

Przyjaciele.
 Nie mogłabym funkcjonować bez moich przyjaciół. Z jednymi znam się od dziecka ,innych poznałam już w czasie gdy miałam rodzinę. Gdy wprowadziliśmy się do nowego domu w nowym dla mnie miejscu to zyskałam przyjaciółkę i dodatkowe dzieci :)
Wychowały się razem ,miały super dzieciństwo i wiekowo zgrały się idealnie .Maluchy miały 5,4,3,2,1 rok . Różnie bywało,moi chłopcy byli łobuzy,dziewczynki nie raz były ze śladami ich zębów. Chorowały też bardzo w tym czasie i żeśmy się ratowały czy to w  środku nocy czy nad ranem.  Miałyśmy wspólne tematy,wspólne zmartwienia bo dzieci nam chorowały ,niektóre nawet bardzo jak jej jedna córeczka i potem sie okazało że moja też .I tak wiem że to co moja córka przeszła i ja to pikuś w porównaniu z ich problemami,gdzie było zagrożenie życia.
Potem drogi nam się rozeszły bo psiapsiółka wyprowadziła sie do Krakowa.Nasza znajomość jednak trwa,odwiedzamy się, dzieciaki już nie dzieci, ale się lubią i odwiedzają jak tylko jest możliwość.

W kwietniu minie 14 lat jak tu mieszkamy i tyle trwa ta znajomość. Jak to między babami bywa ,nieraz sobie powiemy nawet to co by się nie chciało słyszeć,no ale po to są przyjaciele.
Po drodze gdzieś kolejna kobitka z domieszką góralskiej krwi wstąpiła w nasz "związek" i też to trwa .
Jesteśmy jak 3 muszkieterów i nazywamy sie "trzy razy "A". Bo nasze imiona na "A" i nasze miejscowości to też "trzy  razy "K". na tą litere. Co ciekawe w tych przyjażniach to są takie jakby "zespoły" bo jeszcze mam te od podstawówki ale to jakaś inna kategoria. Może dlatego że te kobitki od podstawówki są jeszcze wolne,nie mają mężów ,dzieci . I jak sie spotykamy to w takich właśnie zestawach.Jeden zestaw, to zestaw wariatek matek które potrafią razem wyjść ,zaszaleć ,potem nawet leczyć kaca wspólnie.Drugi zestaw to te właśnie bez większych zobowiązań rodzinnych. Też są troche wariatki i z nimi też wychodzę i one do mnie też wpadają ale to coś innego .
 Trzeci zestaw to przyjaciółka troszke inna  bo trudniejsza i te zestawy by mi nie grały z tą jedną osobą . Ale już żeśmy wypracowały idealne rozwiązanie i mówię wprost że np  wtedy będzie ta i ta więc jak Tobie pasuje to spoko. Jak nie to nie ma problemu,nikt sie nie obraża ale bywało różnie a ja oczywiście "między młotem a kowadłem".
  "Wyjątkowi "przyjaciele to kolejna grupa już osób bo to w trudnych  i  ciężkich chwilach się zawiązało. Muszę to opisać no bo by nikt tego nie zrozumiał.Czyli to już "czwarty zestaw"

Cofamy się 11 lat wstecz.
Małż ma kuzynkę,rodzinka 2+1 ,starają sie o drugiego dzidziusia. Udaje się jest, ciąża przebiega dobrze. Z tą kuzynką to widzimy sie praktycznie tylko z okazji rodzinnych uroczystości a takich to aż tyle nie ma w ciągu roku. Jak już sie spotykamy to lubimy ze sobą rozmawiać. I nagle bomba w rodzinie , X  ma raka piersi, jest w ciązy i jest nowotwór złośliwy. Rozpacz młodej 32 letniej kobiety,małe dziecko w domu.Dom w budowie. Czarna rozpacz. Okazało sie że lekarz prowadzący drogi,wizyty prywatne,zlekceważył guzek w piersi,twierdził że guzek rośnie bo i dziecko rośnie . Ona mu mówiła że jej sie powiększa cały czas. Wystarczyło zrobić biopsje w odpowiednim momencie. Nie zrobił,nie pamietam już kto jej te biopsje zlecił ale wtedy już  było bardzo żle.
Wtedy udało się ją ulokować w klinice onkologii w W-wie. Kuzyni zorganizowali zbiórkę pieniędzy dla nich,po rodzinie zebrali wtedy trochę kasy. I ja wtedy bardzo czułam potrzebę żeby do niej iść ,po prostu nie mogłam spać po nocach. Bałam się jak cholera bo co powiedzieć dziewczynie która jest w ciąży ma raka i która już miejsce na cmentarzu sobie wybrała?
Wtedy moja mama mi dała wodę święconą z jakiegoś miejsca świętego i mówi idż daj jej to. Dziewczyna bardzo wierząca,stwierdziłam dzień przed jej wyjazdem do w-wy, jedziemy z małżem do nich,przecież mnie nie zje. Pojechaliśmy,bez słów na powitanie,przytuliłam,polało się morze łez. Tragedia,ona już ręką nie rusza,taki ból od tej piersi.
 Była w szpitalu ,mąż jej z nią był,operacje przesuwali lekarze i w końcu po chyba 2 tygodniach   zrobili cc w 31 tygodniu ciąży.Żeby ratować wcześniaka przewieżli ją do CZD gdzie zrobili cesarkę  a drugi zespół lekarzy zajął się amputacją piersi. Zrobili to w czasie jednego znieczulenia ,nie do wyobrażenia to wszystko. Dzieciątko na szczęście dosyć już duże bo 2,5 kg ale przeleżał w szpitalu jeszcze kilka tygodni i też z perypetiami,pod respiratorem. Ten biedny facet od jednego szpitala gdzie nowo narodzone dziecko do drugiego gdzie okaleczona zdruzgotana matka i żona.
Po tyododniu od tych zabiegów X wypisują do domu ,po takiej masakrze i tylu szwach ja z innym kuzynem jadę po nią bo może potrzebować pomocy i opieki ,ma dren z butelką ,wisi to i tam sie chłonka zbiera. Ojciec (mąż) przecież zostaje przy dziecku.Bałam się,bałam jak diabli bo to pokrojone ciało obolałe,okaleczone a jeszcze bardziej okaleczona psychika. Nie znalazła się w jej najbliżej rodzinie osoba która by po nią pojechała,mama - hm..jakby to określić przywitała córkę bardzo chłodno,nie wiem czy nie umiała inaczej ale jak ja ją odstawiłam już do rodzinnego domu to jak wsiadłam do auta to sie rozpłakałam strasznie.
Potem było czekanie na wyniki badań histopatologicznych,modlitwy nieustanne w wielu kościołach i domach za jej zdrowie. Z dziesięciu usuniętych węzłów chłonnych okazało się że 3 są zaatakowane już ,to i tak była wspaniała wiadomość bo lekarze przewidywali że wszystkie są zajęte. Dzieciątko  po jakimś czasie wróciło do domu ,mama brała chemię ,jeżdziła na to do w-wy. Pieniądze które zebrała rodzina ja trzymałam bo za żadne skarby nie chcieli ich przyjąć i dopiero jak było tych wyjazdów dużo to żeśmy na paliwo dawali temu kto akurat jechał. To ja zgoliłam X do goła jak włosy sie sypały,to ja dzwoniłam często. To u mnie czasem ich dzieci potem jak już podrosły a oni jechali na kontrole były pod opieką . Po jakimś czasie X mi podziękowała i powiedziała że nikt nie umiał się tak zachować. Bardzo żeśmy się wzruszyły wtedy.
W końcu to my razem z nimi po 11 już prawie latach przyjażnimy się i spotykamy na kawie ,na wakacje razem.Po 4 telefony w tygodniu" co tam słychać " Tak już będzie w tym roku 11 lat po tym wszystkim, X jest pod stałą kontrolą ,nie chce rekonstrukcji piersi,synek z takim trudnym startem jest super chłopak,młody piłkarz :)
Mieszkamy w jednej wsi i spontaniczne spotkania ,grile są u nas jak chleb powszedni.

               ......................................................................................................................

Chyba nikogo nie ominęłam. Wydaje mi się że  każda z tych osób czuje się dobrze w moim domu.
Co ja bredzę ! Nie wydaje mi się ,ja to wiem !
  A no nie mogę zapomnieć o jeszcze jednym przyjacielu moim małżu którego czasem mam ochotę udusić ,który często nie dojechałby beze mnie w dane miejsce bo akurat nikt mu skręcić nie kazał. Na którego za dużo krzyczę ,no ale jak choleryk z flegmatykiem sie zejdzie to nie może być inaczej.



9 komentarzy:

  1. Co tu duzo mowic-dobrze miec przyjaciol!

    OdpowiedzUsuń
  2. uch, czytałam z zapartym tchem... smutna historia, ale najważniejsze, że z happy endem! Kurczę, dobrze Iskra Ciebie w życiu spotkać, dobry człowiek z Ciebie :) I tak trzymaj choleryku, bo rozumiem, że małż to flegmatyk ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytalam ze strachem, ale ciesze sie, ze zakonczenie pozytywne- tak trzymac -a w gronie bliskich, przyjaciol mozna "przenosic gory!"
    Baran- wiadomo choleryk nic nowego- przybij zolwika :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wsparcie przyjaciół, zwłaszcza w kryzysowych chwilach, jest bezcenne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobra z ciebie duszyczka jest :). Pełna empatii i wrażliwego serca. Dlatego nie dziwi mnie fakt, że jesteś otoczona licznym gronem przyjaciół.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przyjaciół warto mieć! Oni są jak ciche Anioły.. podnoszą Nas, gdy mamy gorszy czas.

    OdpowiedzUsuń