piątek, 4 listopada 2016

Pierwszy rok minął

     Właśnie kilka dni temu minął rok jak spontanicznie bez planów założyłam bloga. To było całkowicie z marszu ot tak jakoś wyszło,nawet tytuł to jakoś bez zastanowienia . Teraz to mi sie nawet wydaje dziwny bo jakie to ''matczyne turbulencje '' jak to turbulencje zwykłego człowieka.
Więcej tu rodzinnych problemów.   
U mnie jak zawsze czasem są takie dni że ledwie nadążam. A co nowego? A no tata, nadal mu dokucza ból głowy,w końcu zdecydował że musimy rezonans zrobić. Z bratem zdecydowaliśmy że to musi z kontrastem więc krew na cito około 13 wynik po 16 a w innym mieście o 19 rezonans. To oczywiście prywatnie bo też tata co kilka dni zmieniał zdanie ,a my go umawialiśmy do lekarzy i tak czasem nam ręce opadały że w końcu prywatnie dlatego. No i na chwile obecną wiemy że niestety coś w tej głowie jest...w piątek neurochirurg prywatnie.....

 Wczoraj minął miesiąc pobytu mojego siostrzeńca w szpitalu, po tych oponach czy w trakcie-cholera wie on miał/ma  zapalenie rdzenia kręgowego,stąd porażenie na szczęście jednej nóżki. Dzisiaj mały ma ..uwaga..4 rezonans w ciągu tego miesiąca.. Masakra ale jesteśmy dobrej myśli,jest już rehabilitowany . Cały czas dostaje sterydy , niestety to konieczne. I tu obserwujemy coś co nas trochę zdumiewa mimo że wiemy że to wynik leczenia. A mianowicie młody je..je...je  ..normalnie tak zjada wszystko że jesteśmy w szoku co te leki robią,on nigdy nie jadł,był niejadkiem a teraz pochłania wszystko i nowe smaki próbuje. Już nawet lekarze kazali ograniczać mu jedzenie.
 Rodzice  nie mają już sił na kolejne tygodnie rehabilitacji w szpitalu,śpią na dwóch złączonych fotelach obitych dermą,siostra mówi że ma pozycję na ''rozjechanego wróbla'' .Poza tym mają pracę ,a ze mną mały nie chce zostać  Tu u nas jest możliwość rehabilitowania dziecka i do tego dążymy ale to sie okaże co wyjdzie po dzisiejszym kontrolnym rezonansie. 

 W piątek pojechałam po synalka na śląsk ,troche mnie gps wyprowadził w pole i mnie do szału doprowadził ,oczywiście już  prawie u celu ;) No ale w końcu sie udało a z powrotem to mnie syn kierował do autostrady i było ok, no może poza tym że był piątkowy wieczór i to dla niektórych długi weekend. Oczywiście wstąpiliśmy do siostrzeńca w odwiedziny. I już mnie przyjaciółki wypatrywały i żyć nie dawały że czekają na mnie.....

A przyjaciółka  nadal ma dzieciątko w szpitalu,nadal przyszłość rysuje się w dość smutnych barwach. Ściąga pokarm i jest codziennie przy maleństwie. Powiem Wam że jak jestem dosyć twarda kobita to tyle łez wylałam jak o nich myślę że nie wiem czy przy moim chorym dziecku wylałam, no ale chyba też. Strasznie to trudne ,tak rzadki zespół wad genetycznych że około 100 osób ma zdiagnozowanych w Polsce. Nie chcę tu pisać szczegółów żeby ich nie urazić nawet nieświadomie. I to jest na 99 procent aczkolwiek jeszcze wyników badań genetycznych z krwi nie mają.
 No i one dlatego chciały żebym wpadła do nich bo świeża mama pomieszkuje u naszej trzeciej czarownicy. To są takie dobre dusze wszystkie że i moją siostrę i siostrzeńca też odwiedzają w szpitalu jak tylko mogą.

                                                                     .................
 No i mam kolejny dzień,wczoraj nie zdążyłam dokończyć posta. Wieczorem byłam u mamy i z nią w kościele ,mama miała wczoraj urodziny 70 -te już. Jakaś mała imprezka będzie jak siostra wyjdzie z tym małym ze szpitala.
 Jako że starszy w domu tydzień to dzisiaj żeby mu dogodzić bo tak rzadko jest w domu zrobię pierogi ruskie  ;)
 W poniedziałek syn odebrał dopiero prawo jazdy ,no i jeżdzi,nas woził 1 listopada z tym że ja oczywiście lekko panikowałam bo to przecież taki dzień gdzie wszyscy niedzielni kierowcy wyjeżdżają na drogi,uff....chcieli mnie do bagażnika schować;)
 A potem znowu codziennie jezdzi wieczorami do miasta i trening o 20 i potem z kolegami chwile i ja znowu sie martwię bo wraca gdzieś przed północą. Z jednej strony to ok,wiem że nie zabalanguje bo kieruje a z drugiej to świeżutki kierowca.....

 Coś ostatnio mniej zdjęć robię ale podwórko mi sie teraz tak nie podoba że nic dziwnego,wszędzie liście i mokro,ogródek nie do końca posprzątany.
 Za to łabędzie na stawach zostały,zawsze chyba odlatywały a tu proszę,dwa sobie spacerują blisko przy drodze a w sumie jest ich cztery.

Raz udało mi się pojechać na grzyby,wprawdzie już na prawdziwki za póżno ale coś podgrzybków znalazłam



To na dzisiaj chyba tyle,postaram się wcześniej odezwać,pozdrawiam czytelników,pa!


11 komentarzy:

  1. Przede wszystkim gratuluję pierwszego roczku! A wiesz, że ja Cię pamiętam, jak jeszcze bloga nie miałaś? A tu proszę- rok już zleciał.

    Kurczę, Iskierko, kiepskie wieści w większości niesiesz... Tata, Calineczka... Nie wiem nawet co napisać... Będzie dobrze? Kiepski banał i taki słaby w kontekście tego co piszesz.
    Trzymajcie się Kochana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martuś a ja nie mogłam sobie przypomnieć jak to było ,ale chyba ten mój profil wcześniej miałam i ta moja czytelnia :)
      Z wieści to z tatą nie tak źle jak myśleliśmy a maleńka na przekór lekarzom nauczyła się jeść ze specjalnej butelki mimo rozszczepu :)także idzie ku lepszemu . A co będzie dalej to życie pokarze bo nic nie przewidzimy :)

      Usuń
  2. Roczek za Toba- gratulacje :)
    Szkoda tylko, ze taka zabiegana jestes...
    Jak juz napiszezs to duzo i wszystko, sprawozdanie jak ta lala.
    Sily zycze Tobie i wszystkim twym najblizszym... nie jest latwo borykac sie z takimi sytuacjami...
    Usciski!

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluje roczku.Rzadko komentuje ale regularnie czytam. Życzę dużo wytrwalosci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O witam ! Dziękuję i zachęcam do częstszego komentowania! Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Aga, cierpienie bliskich odczuwamy jak swoje własne. Też teraz tego doświadczam. Mam młodszego brata, który od lat zmaga się z poważną chorobą, a teraz jest kiepsko( jesteśmy tak fizycznie podobni do siebie, a mnie w życiu nawet głowa nie bolała, nie mówiąc o innych dolegliwościach, moja karta u internisty jest pusta). Ukochana siostra, która nie mieszka w Polsce, również zmaga się z wieloma problemami. Ja wspieram dobrym słowem i modlitwą, ale ich ból współodczuwam jak własny. Piszę o modlitwie, bo jesteś wierząca, ja bez tego już dawno bym wpadła w rozpacz, bowiem wiele ciężkich momentów w życiu za mną. Pozwolę sobie polecić ci szczególnie koronkę do Miłosierdzia Bożego, która towarzyszy mi od nastoletnich lat i obietnicę Pana Jezusa z "Dzienniczka siostry Faustyny" : "Przypominam ci córko moja, ze ile razy usłyszysz jak zegar bije trzecia godzinę, zanurzaj się cała w miłosierdziu moim. W godzinie tej uprosisz wszystko dla siebie i innych co będzie zgodne z moja wolą." Aga pozdrawiam cię i życzę siły w tych przeciwnościach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Iwonko:) to też masz zmartwień dosyć. Z moją wiarą to szczerze mówiąc trochę się pogubiłam ale dzięki tobie naprawdę odmówiłam koronkę....tak ze ten ...dzięki dobra duszo ;)

      Usuń
  5. Nie podpisałam się wyżej. Iwona

    OdpowiedzUsuń
  6. Wielkie gratulacje z okazji pierwszej blogowej rocznicy, Iskierko ! :) Kojarzę Cię jako czytelniczkę mojego "Polowania..." jeszcze zanim przeniosłam się pod nowy adres - ale zawsze miałam nadzieję, że założysz własnego bloga i że wytrwasz w jego pisaniu :) No i udało się ! Życzę mnóstwa kolejnych postów i niech zawsze inspiracją do nich będą tylko dobre, szczęśliwe wydarzenia :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj tak ,towarzyszę Wam już naprawdę długo!! Dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń