piątek, 27 stycznia 2017

Gdy w domu ludzi mniej;)

   Dwa dni same z córką  .Luksus powiem Wam,normalnie raj...;)
Panowie pojechali na Słowację ,dzisiaj już wieczorem wracają....Nie ma kto nagrandzić,jak wpadłam w szał sprzątania w środę to tak prawie jest. Zadnych buciorów w ciasnym korytarzu,desek nawet w pokoju(!),butów do snowboarda suszących się w łazience ,kurtek,czapek,rękawic kilka par.... Tak nawalą jak wrócą a ja dostaje wtedy białej gorączki...

Ależ mi tak dobrze....
Nawet filmy dwa oglądnęłam co normalnie nie ma jak bo sie rozmijamy w poglądach z małżem ;)
Upiekłam już ciasto i zarobiłam drożdże na bułki pszenne.Obiadu nie musi dziś być ...no wolnośc normalnie.

Starszy po studniówce wrócił...rano przed siódmą !

Lekko wstawiony..... na mecz na wieczór dał rady i nawet bramke strzelił.   I tekst do mnie po meczu: mamo musze sie przed meczem napić zawsze........dobrze że był daleko bo by ścierką dostał. Prosto po meczu pojechał z drużyną do szkoły.

Tata bez zmian,dzisiaj jeszcze dostanie kroplówkę i na razie tyle,zobaczymy jak będzie.

Zima nadal ,dzisiaj w nocy było -14 . Pieca pilnuję żeby nie zmarznąć.
Takie tam mają widoki,syn mi przesłał
 No to na razie lecę mase orzechową i jabłkową robić i kleić ten placek:)


piątek, 20 stycznia 2017

Co u nas...

  Jestem kobietki ,jestem. Tata jest. Rozmowy z nim coraz trudniejsze. Musieliśmy mu powiedzieć prawdę  bo domagał się szpitala i ratunku. Całą trójką rodzeństwa byliśmy przy nim w zeszłą niedzielę i mu powiedziałam że tylko hospicjum by mu pomogło. A skoro hospicjum to przyjął to że umiera. Na pytanie ile mu zostało nie umiemy mu odpowiedzieć bo to tato tam od Boga zależy. Za dwa dni kiedy z nim byłam mówił mi że może jakbyśmy go dali do szpitala to ze dwa dni i by odszedł........bo jest dla nas ciężarem i on już nie chce żyć. Wybiłam mu to z głowy ale zapytałam zy tak by chciał odejsc bez nikogo bliskiego? No nie . I że chcemy aby godnie odszedł tu wśród bliskich.
Tak sobie gadamy popłakując trochę ,on sie żarliwie modli ,książeczkę mu trzymałam bo ręce słabe. Nie je nic,mało pije,nie wstaje z łóżka . Załatwiłam w hospicjum domowym toalete krzesło żeby przy łóżku mógł jeszcze z pomocą mamy usiąść i skorzystać. We czwartek też ruszyłam i załatwiłam kroplówki i podaje mu pielęgniarka,troszke nawodniony i lepszy przez to. Ale i tak gada że może by z lekarzem pogadać jak to długo będzie a może by .....skrócił.......
Tak taki miał wczoraj pomysł ale mu wybiłam z głowy.
Dużo czytałam na forum onkologicznym na temat umierania i sie boję że to może jeszcze bardzo cierpieć, w takiej sytuacji wolelibyśmy żeby go Bóg wcześniej zabrał. Bo to jest straszne umieranie.

  ......................................................................................................................................................

  Teraz z życia naszego.
Ferie mamy,ojciec z synem troche sobie szusują na stokach ze dwa razy byli. W środę mają zarezerwowany nocleg sztuk dwie na słowacji,blisko granicy ,tylko że już raz przełożony bo siostrzeniec z nimi jedzie a miał wysypkę.No nic może im sie uda.

Jest już po 7 a starszy w nocy o 22 30 wpadł do domu i zaraz wyszedł,wział auto i wrócił przed 1 a za dwie godziny ma być na lodowisku bo grają mecz o 11. Potem,nie wiem jakim cudem musze mu kupić garnitur bo wieczorem idzie na studniówkę ,koleżanka go zaprosiła a wczoraj dopiero a ten oczywiście jak sie dowiedział że koledzy też tam będą to jasne że idzie. Garnitur i tak mamy kupić ale tak na wariackich papierach to nie wiem co nam sie uda..
Muszę zatem lecieć po pieczywo i zapełnić lodówke bo pustawo. Karpatka upieczona. Póżniej na ten mecz też pasuje popatrzeć i będzie galop. Kilka fotek,ależ było pięknie,ja to jednak lubię zimę i jak dla mnie to jeszcze może być;)


Napisałabym więcej ale czasu nie ma,papa !

sobota, 7 stycznia 2017

Trudny etap

  Przed wigilią pisałam ostatni post i nie mogę sie zabrać żeby coś napisać. Chcę, ale te wpisy ostatnie u mnie nie są optymistyczne i nie bardzo chcę Was zadręczać swoimi problemami. No ale dobra ,na zasadzie że się wygadam to lecę dalej. Główne troski to te z tatą. W dzień wigilii gdy zobaczył przygotowany stół to pod nosem gadał do siebie- ''dzięki Bogu''-siostra to słyszała....
Potem zrobił się bardzo płaczliwy i przy wieczerzy i w drugi dzień świat gdy znów miał wszystkie dzieci i wnuki koło siebie. Aż żal było patrzyć ,tak się upłakał,wracał do różnych opowieści sprzed lat. Nawet te święta minęły mu w nie najgorszej formie,po troszku nawet jadł,chodził po domu. Cieszyło nas to niezmiernie. No ale po świętach kryzys i to duży....nie chodził już tak,a w środę gdy akurat byłam u nich to myślałam że nam umiera. Tak go zaczęło trząść i to pierwsze nogi pod kołdrą zaczęły falować a po kilku sekundach nie było z nim kontaktu,złapałam go za ręke i ramiona bo by poleciał i wołam do niego a ten nic,dopiero po jakich 40 sekundach mówiąc cały czas do niego  kazałam mu wziąść oddech i wrócił. Położył się na boku i kazał mi umowy szukać z multimedi że to trzeba,tamto trzeba załatwić........no normalnie głowa mu pracuje że szok. Potem jeszcze z pomocą mamy chodził do innego pokoju na skoki narciarskie bo to jest coś co go cieszy-sport najważniejszy-.
I tak w piatek po tych skokach to zaczął na palcach coś liczyć dodawać..mama sie go pytała co tak liczy to nic nie odpowiedział. Nazajutrz był sylwester i o 5 55 telefon od brata i równocześnie od mamy -z tatą żle.... Pieronem sie zebraliśmy z bratem jednym autem bo mieszka niedaleko i za jakieś 20 minut już byliśmy. Widok przygnębiający,tata słabiuśki , w pozycji leżącej a gdy chciał siadać to zaczęły sie takie odloty jak wcześniej przy mnie.Ciśnienie 80/39 . Tata zaczyna się z nami żegnać,kazał nam usiąsć obok i za szyję nas trzyma ,całuje w czoło co nigdy w życiu nie miało chyba miejsca. A przy tym dalej ta głowa mu pracuje niemiłosiernie,jest tak świadomy że aż przerażający. Nic nie je,herbate łyżeczką mu podajemy. Rozszyfrował brat też że to co liczył na palcach dzień wcześniej to było faktycznie  trzech króli bo wtedy są skoki ....Siostra dojechała koło 10 ubeczana do ojca idzie ,ja ją za fraki za dzrzwi wycofałam-weż sie ogarnij co to za łzy- no uspokoiła sie troche. Eh...potem ona tam została,tacie już sie tylko raz zrobił taki atak. I wyciszył się. Tabletki mu podaliśmy rozgniecione,to jeszcze wszystko musiał mieć pod kontrolą. Nic sie nie da oszukać a jeszcze jak lekarz był w czwartek to sie z lekarzem kłócił ,aż lekarz był pełen podziwu że ma tak silny organizm i sie nie daje.
 Mówił do nas-ale macie sylwestra-....
A po południu całkiem był lepszy i kazał iść nam na imprezy...........
No jest gigant ten mój ojciec. Na sylwestra ja sie nie wybierałam siostra też tylko do znajomych a brat szedł na bardzo małą impreze do remizy i to akurat 200 metrów od rodziców.

I tak to wygląda,tata jeden dzień umierający na drugi lepszy,potem wściekły na nas ,przepraszający, żądający pogotowia i tak w kółko. My mu tłumaczymy że co ci pogotowie da? ale jak mu powiedzieć że jesteś umierający?.... Nawet by go nie wzięli ,i niby to wie ale jeszcze sie chce ratować.
Ze starszym 2 stycznia byłam u niego bo odjeżdżał do szkoły to sie przyznał że nie liczył kiedy skoki tylko ile do Trzech króli bo tyle jeszcze chce dożyć. To go z humorem pytamy a tato a po trzech królach ? to Kazimierz w marcu,jego imieniny...nie-za daleko gada...
Ciężki czas,powiem wam.ale niestety to jest element życia-odchodzenie-

Sylwester. Młodzież sie bawiła,starzy w domu. Gdy jechałam od rodziców to zgarnęłam po drodze koleżankę do siebie i tak ,ze dwa drinki ,bez ubierania sie w żadne kiecki a wręcz tak jak cały dzień chodziłam-sylwestra spędziłam. Młodzież wróciła,nawet młodego tak nie kontrolowałam i było ok. Starszy tylko o 3 30 nie dotarł jeszcze i mnie wystraszył bo miał na nogach wrócić i sobie przez sen przypomniałam ze on ani czapki ani rękawic ani kalesmajtów na tyłku nie ma . A że wyobrażnia hulała jak to w nocy to sobie pomyślałam ze sie może opił ,przewrócił w rów i zamarznie........hehe głupia matko...... Zadzwoniłam ,odebrał,idzie ale mamo tak zimno....No nic małża obudziłam,jedż po niego ,małż był niepijący....

Ale elaborat znów wychodzi.

A w święta to w rozjazdach ale żarcia narobiłam no bo młodzież to już tylko do dziadków z nami jeżdzi a i to czasem z musu.
 
Międzyczasie czytam ,jestem na etapie trylogii kryminalnej Millennium. Wciagające,trzymające w napięciu,dobre.

  U mojej przyjaciółki hm ..życie stanęło do góry nogami. Calineczka jest naprawde Calineczką i tak będzie niestety bo dzieciątka z tą chorobą tak nie rosną. Maleńka ma dziś 3 miesiące i stoi z wagą w miejscu,3 kilogramy nie może osiągnąć. Ja nie mogę się tak do niej wybrać bo daleko a tak mi się chce potulić ponosic kruszynkę. Rodzice działają ,szukają specjalistów,neurolog,gastroenterolog,genetyk,rehabilitacja, operacja rozszczepu w stolicy ma być. Cały sztab lekarzy przed nimi.

A do Was zaglądam,czytam ,cieszę się z Wami lub smucę..ale wybaczcie że mało sie odzywam.
 Zima szaleje,śniegu dość,mróz z rana -23
Nieżle.
Do następnego