wtorek, 30 maja 2017

Samotna laska taty.

 Zniknęłam.
Zniknęłam na dosyć długo. W zeszły czwartek pożegnaliśmy ukochanego tatę:(
Odszedł zaledwie dobę po Zbyszku Wodeckim.
Ta śmierć też niepojeta dla mnie-tyle jeszcze mógł dla nas ludzi zrobić pięknej muzyki.....
Od 8 maja był w szpitalu,byliśmy zmuszeni go oddać na oddział bo mama siadła nam i psychicznie i fizycznie. Nie dała rady mimo naszej pomocy i nocowaniu z nimi. Tata był bardzo pobudzony ,aktywny ale tak że niebezpieczne to było dla niego bo nie można go było odejsc na krok. Chciał wychodzić,kilka razy się wywrócił i mama odmówiła kategorycznie opieki nad nim.W nocy nie spał  wcale,tylko po całym łóżku szalał.  Chcieliśmy inaczej ale sie nie dało,mielibyśmy dwoje rodziców w szpitalu,więcej zmartwień. Myśleliśmy że uda sie tate wyciszyć lekami i takiego leżącego może nawet ja bym wzięła do siebie bo mama się nie zgadzała. Nie był świadomy gdzie jest,żył w swoim świecie,jak dziecko. Potem było coraz gorzej,przykurcze nóg,karmienie dwa razy dziennie jazdy do szpitala 30 km. Gotowanie papek,proszenie żeby połykał bo już to zaniakało.Bełkot. Póżniej zostało trzymanie za rękę i zwilżanie ust. Doszły odleżyny,cierpienie,kroplówki,zastrzyki przeciwbólowe.
I proszenie Boga aby już nie cierpiał.
Tydzień temu siedziałam z nim i jeszcze minimalnie mnie ściskał za rękę. Chyba czuł naszą obecnośc bo całe ciało reagowało.
Mama dostała zastrzyki bo cały brzuch,plecy jej oberwało od dżwigania taty.Już dobrze .
Taką laske dostał od nas -dzieci dwa lata temu na imieniny,laska stoi samotnie..