poniedziałek, 2 lipca 2018

Spacer po ogrodzie i górach:)

  Kiepskawo u mnie w ogródku w tym roku. Przed wyjazdem rzuciłąm po rządku marchewki,pietruszki,koperku,fasolki,kilka selerów,kalarepki,pory,sałatki,no i ogórków dwa rządki. Mąż miał to dzielnie przypilnować i przeplewić o ile zejdzie coś. Ziemniaki posadził już sam i jeszcze mu kazałam rzucić dyni i słonecznika. Na chwile obecną to tak marchewke coś skręciło,pietruszke co 20 cm jedna sztuka jest,dosiałam naciową żeby choć zielenina była. Fasolke już zjadamy,ogórki pierwsze słoiki zrobione. Natomiast dziwnym trafem zginął mi rabarbar,był młody chyba dwuletni dopiero i w trawniku wsadzony z obwódką doniczki właśnie zeby go nie skosili no i cuda panie-nie ma i sprawcy też nie ;) Zaginionych jest więcej bo lubczyk też zdezerterował ale to już chyba sam bo coś mu nie służyło to miejsce. Krzak jeżyny też został wyeksmitowany przez męża. Ale to co trzeba było to nie zostało zrobione i tak maliny nie przycięte wybujały na dziko. Czarna porzeczka zerwana ,6 kilogramów było,zrobione dzemy i sok ale dżem nie wiem czy nie zepsułam,no cóż,bywa.
 W części przedniej podwórka robimy zmiany,już dawno pisałam że chce rabaty kwiatowe przenieść ,przerobić żeby wygląd miały. Jako że wyjechałam jak tulipany i narcyzy kwitły a potem samowolka bo nic jednorocznego nie zdążyłam zasadzić to wyglądu to nie ma,no jeszcze łubiny same zakwitły . Ale dlatego właśnie idzie nowe. Stare ozdobne iglaki,cis,i inne zostały ścięte i nawet jaśmin co troche ubolewam bo myślałąm że coś od korzeni rozmnożę albo rozedre młodsze gałązki i posadze młodszą wersję ale to jednak stary krzew był i za chiny nie mogłam sobie poradzić. No nic. I w tych miejscach wzdłuż nowego ogrodzenia -które jak dobrze pamiętacie powstaje od maja zeszłęgo roku! Tak tak,tempo to u męża jest zawrotne -można zejść- że tak powiem......Ale widzę światełko w tunelu i no może w tym roku skończy ,może.I tak właśnie poprzenoszę te wszystkie rośliny które są wieloletnie i cieszą oko. Troche roboty przed nami,już zjebke małż dostał bo mi nie taką ziemie wysypał i trzeba będzie innej dowieżć.


















 Dzieci.
'' Dzieci kochane,raki pierońskie''   To tak na marginesie jak byli małymi czortami to mąż tak nazwał i czasem mi sie przypomni;)
Starszy wyjechał do pracy do Niemiec,wróci pod koniec września- bardzo dobrze. Jak sie uczyć nie chciało to sie pracuje,a wystarczająco długo bąki zbijał i mnie wkurzał nic nierobieniem...Młodszy bardziej pracowity jest i jest napalony na amerykę co mnie przeraża jak to zobaczyłam.Osiemnaste urodziny miał zaraz po moim powrocie.Nie było imprezy ani nawet torta...no nie było chęci i sił. Ale młody nie poleci w tym roku bo dopiero zdaje egzamin na prawo jazdy. No i dobrze niech zostanie,szczerze to odetchnęłam z ulgą jak sie dowiedziałąm że prawko musi osobiście odebrać. No ciesze sie że nie poleci,raz że bilet koszmarnie drogi i nas nie stać no ale obiecane miał więc jakoś byśmy kupili(część kasy by musiał oddać-lekko nie ma;) ) a dwa to się boję że on tam wsiąknie i po dziecku.....Za rok będzie może w tej głowie inaczej ,nic straconego.
Córka w porządku,ocenami sie nie pochwale bo no nie ma czym,przełknę to bom matka i tyle. Za tydzień mamy rezonans oczodołow i musze wizyte ustalić bo jedną jak poleciałam żeśmy ominęły.

Teraz coś dla ducha. Jeden znajomy perkusista miał bilety na koncert Carlosa Santany a że ktoś tam wypadł to ja byłam z nimi. Potem sie okazało że będe kierowcą i tak wiozłam samych panów w wieku 60 plus ;) No to mieli ozdobę w postaci mnie;) Koncert był mega ...... w Oświęcimiu to było jakiś tam festiwal kilku dniowy był a muzyka no coś wspaniałego,jak grają to szok ,a żona Santany na perkusji to słuchajcie solówke jak dała to sie wydawało że ta kobieta zaraz eksploduje...! Do domu wróciłąm o 3 30 . Mąż grzecznie spał ale nawet nie zadzwonił za cały dzień co ze mną,no cóż przywykłam.

23go w sobotę mieliśmy wycieczke do Zakopanego ,marsz z kijami lub bez na Morskie oko,zdjęcia z małżem wcale nie mam bo on wypruł wyżej na Czarny staw i jeszcze go obszedł kawałek jak na Rysy sie wchodzi. Pogoda była z powrotem fatalna ,lało niemiłosiernie,zimno. Na szczęście zabrałam drugie buty,ciuchy ale tych i tak było mało bo oczywiście małżowi nic nie trzeba było i musiałam sie podzielić. Po obiedzie już na Krupówkach i szybkie zakupy głownie oscypków ruszyliśmy do domu. Autobus sie wlókł ale nawet nie przeszkadzało,towarzystwo było wesołe ,ja sie ośpiewałam aż miło . A na drugi dzień nogami ledwie ruszałam,zawiasy w tyłku mnie bolały haha.













3 komentarze:

  1. Ale mi cudne widoki raz jeszcze zafundowałaś. No góry, góry- cudowne. Ale w deszczu już bym iść nie chciała. A też tak kiedyś wracaliśmy z Morskiego Oka, lało okrutnie, Eliza miała- no koszmar! Zresztą ile razy nie idziemy na Morskie, to potem zawsze pogoda się psuje :)
    A powiedz Kochana, jak Ty te maliny pielęgnujesz? Kiedy trzeba podciąć itd., ile podciąć? Bo my mamy po poprzedniej właścicielce, niewiele, ale to się rozrasta jak chwasty, a w tym roku super obrodziły, no aż się gałęzie uginają, tylko nie wiemy co dalej z nimi robić, jak już będzie po owocach.

    Oj tak, jak to z dziećmi. Zawsze człowiek myśli i cały czas tam się o coś martwi.
    Koncert to na pewno super przeżycie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Martuś nie wiem czy tak trzeba ale ja zawsze na wiosne przycinam te maliny tak okolo 80 -90 cm mają,likwiduje stare suche. Tylko ze to chyba na jesien sie powinno i chyba jeszcze niżej. Ale ze moje do przymrozkow czasem cos mają to mi zwyczajnie sie potem nie chce. Ot lenistwo;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mimo wszystko ślicznie u Ciebie i mnóstwo koloru wokół domu :D A kiedyś tam się zrobi... u nas podobnie, idzie na ogół jak po gruzie i ciągle wyrobić się nie możemy... ale to już taki los. My w tym roku spasowaliśmy z warzywnikiem, nie dało rady, więc u Ciebie jest mnóstwo :D Widzisz... może być u kogoś gorzej :D
    Moc uścisków dla Was wszystkich :)

    OdpowiedzUsuń